W życiu człowieka jest taki okres, kiedy zaczyna doskwierać starość. Dokuczają nie tylko nowe choroby, słaby słuch i wzrok, brak pieniędzy czy samotność. Dokucza także otoczenie - bo staruszków nikt poważnie nie traktuje, wszyscy wiedzą lepiej, co dla nich najlepsze, decydują co i jak mają robić i gdzie mieszkać. Gdy oznajmiają, że znaleźli towarzysza życia, rodziny zabraniają im się żenić i wychodzić za mąż. Traktują ich jak dzieci.
Dziś za początek starości przyjmuje się umownie ukończenie sześćdziesiątego roku życia. W Polsce co szósty obywatel ma sześćdziesiąt i więcej lat. Z tej liczby 60 proc. mieszka na wsi. Ale wraz ze wzrostem migracji do miast, tu właśnie będzie żyć większość seniorów. Przewiduje się, że za 30 lat już co trzeci obywatel naszego kraju będzie należał do tej grupy ludzi.
Starość nad Wisłą
Przeciętnemu Polakowi starość kojarzy się zazwyczaj z chorobą i wieloma dolegliwościami. Wraz z wiekiem wzrasta nie tylko liczba chorób dotykających jedną osobę, ale także liczba osób chorujących przewlekle. Według GUS, osobom w podeszłym wieku dokuczają co najmniej cztery lub więcej chorób. Stąd, wraz z wiekiem zwiększa się częstość występowania niepełnosprawności. Nasila się ona zwłaszcza w grupie wieku 50-59 lat. Jednym ze wskaźników, które w sposób właściwy oceniają stan zdrowia osoby starej, jest jej mobilność, czyli możliwość poruszania się. Bez takiej zdolności nie może ona wieść samodzielnego życia, a także nawiązywać społecznych kontaktów. A dla wielu starszych osób przestrzeń życiowa ograniczona jest do mieszkania, a niektórzy z nich pozostają stale w łóżku.
Małysz zamiast spaceru
Problemy ze starością nasilają się wkrótce po zakończeniu aktywności zawodowej. W Polsce na emeryturę przechodzi się wcześniej niż w krajach zachodnich. Oznacza to nie tylko spadek pozycji finansowej i społecznej takiej osoby, lecz także jej aktywności. Emerytura, w powszechnym rozumieniu, jest przejściem na zasłużony odpoczynek. A odpoczynek ten sprowadza się głównie do przesiadywania w domu przed telewizorem i rozwiązywania krzyżówek. Aktywność polskiego emeryta ogranicza się do wyjścia po zakupy, do apteki, przychodni, sąsiada, kościoła i na działkę. I choć nawet wyjście na cmentarz, by odwiedzić grób bliskich jakoś go uaktywnia, to daleko mu do aktywności przeciętnego seniora z Zachodu. I nie chodzi tu tylko o pieniądze. Zwykle 5-10 minut porannej gimnastyki, która przecież ma wpływ na samopoczucie w ciągu dnia, jest już problemem. Zamiast pośpiewać w zespole seniorów, nasz emeryt woli pooglądać "Śpiewające fortepiany", zamiast półgodzinnego spaceru, woli obejrzeć skaczącego Adama Małysza. Nad podejmowanie nowych inicjatyw przedkłada śledzenie perypetii rodziny Złotopolskich i po raz kolejny, tych samych wyczynów Hansa Klossa. Nic dziwnego, że rzadko zawiera nowe przyjaźnie, jest nieufny i nie uczestniczy w spotkaniach różnych kół i grup zainteresowań.
- Starzejemy się dokładnie tak, jak żyliśmy - mówi socjolog, dr hab. Barbara Szatur-Jaworska z Instytutu Polityki Społecznej UW. - Przyspieszona starość jest efektem prowadzonego wcześniej stylu życia, nieodpowiedniej diety, braku aktywności fizycznej. A Polacy żyją przede wszystkim w rodzinie. Aktywność poza rodzinna jest w naszym kraju zjawiskiem stosunkowo jeszcze rzadkim. Polska nie ma niestety takich tradycji społeczeństwa obywatelskiego jak kraje zachodnie. Aktywność i czynny udział w życiu osób starszych jest tam na znacznie wyższym poziomie.
Synowskie rozterki
Kiedyś ludzi starych słuchano i czczono - byli przywódcami plemion, a rady starszych podejmowały decyzje wpływające na życie społeczności. To oni byli doradcami królów, nauczycielami młodych, strażnikami tradycji i depozytariuszami mądrości. Traktowano ich jak żywe zapisane księgi. Ale wraz z przemianami społecznymi role zaczęły się zmieniać, a na wielu polach całkowicie się odwróciły. Zepchnięto ich najpierw na zaplecza domów, z czasem wręcz zupełnie wyeliminowano z życia społecznego. Skazani na siebie i coraz częściej łaskę innych, okazali się zbędni ze swymi radami i mądrością życiową w czasach królowania maszyny, druku i psychologii.
Polska jest krajem o silnych więzach rodzinnych. Mimo że obserwuje się zjawisko stopniowego ich rozluźnienia i powiększania się grupy ludzi samotnych, badania pokazują, że wciąż w polskich rodzinach więzi międzypokoleniowe są silne. Nawet wtedy, kiedy dzieci wyprowadzają się od rodziców i zakładają własne rodziny. Okazuje się, że większość rodziców pragnie mieszkać sama, ale blisko dzieci. Te zaś dopiero po śmierci jednego z nich i pogorszeniu stanu zdrowia drugiego podejmują decyzję, czy przyjąć go do siebie, czy też oddać do domu opieki. Decyzja ta nigdy nie jest łatwa. Tym bardziej że osoby starsze próbują ukrywać przed dziećmi oznaki swej starości i nieporadności. Czasem dopiero zasłabnięcie, jakieś złamanie czy wylew sprawia, że dopiero wówczas dzieci zdają sobie sprawę z powagi sytuacji i konieczności rozszerzenia opieki. Niekiedy tym dzieciom, które zdecydowały się wziąć wymagającego stałej opieki rodzica do siebie, zaczyna brakować czasu dla siebie. Jednak myśl o oddaniu rodzica do domu opieki przyjmują jako wyrzeczenie się synowskich uczuć.
- Odkąd wzięliśmy z mężem moją mamę do siebie, przestaliśmy wyjeżdżać na weekendy. Praca, dwójka dzieci (7 i 9 lat) i opieka nad mamą nie zostawia już czasu na nic. Wiemy, jak ważne jest dla mamy to, abyśmy byli razem. Jednocześnie czuję się coraz bardziej wypalona i zmęczona życiem - mówi Maria z Katowic.
Są też tacy, którzy później żałują, że oddali rodziców do domu opieki.
- Oddaliśmy mojego tatę do domu spokojnej starości. Kiedy to było możliwe, odwiedzaliśmy go w weekendy, choć charakter mojej pracy nie pozwalał na to zbyt często - średnio raz w miesiącu - opowiada Andrzej z Białegostoku. - Latem wyjechaliśmy na kilkudniowy urlop do Pragi. Wtedy umarł ojciec. W domu pomocy powiedziano nam, jak cierpiał, że nie ma nas przy nim. Bardzo to przeżyliśmy. Gdyby dało się cofnąć czas, wzięlibyśmy go do domu.
Wspieranie rodziny
Nie jest tajemnicą, że dochody rencistów i emerytów należą do najniższych w kraju. Jednak w gospodarstwach emerytów, po przeliczeniu dochodu na osobę, jest on czasem wyższy niż w innych gospodarstwach. Zdarza się, że emerytury i renty rodziców stanowią stałe i znaczące źródło utrzymania dla ich dzieci.
- Żeby móc się gdzieś pokazać, trzeba coś mieć - mówi 69-letni pan Roman, który wraz z żoną Teresą mieszka w Warszawie. - Gdy znajomi zaproszą nas na działkę, to pójdziemy raz lub dwa. Ale następnym razem już nie wypada, bo nie mamy czym się zrewanżować. Emerytury mamy małe, działki nie mamy, mieszkamy w zakładowym mieszkaniu, sporo wydajemy na lekarstwa. A ostatnie złotówki, jakie nam zostają, odkładamy, by wykupić kiedyś to mieszkanie.
Jak się podkreśla, najlepszym rozwiązaniem wspierającym starszych ludzi, którzy mieszkają u siebie w domu, są, działające dzienne domy pomocy prowadzone przez niektóre gminy. Różnią się one niestety standardem i ilością oferowanych usług. Są jednak optymalnym rozwiązaniem - pozwalają pozostać takiej osobie w swoim środowisku, a jednocześnie udzielają jej pomocy i wsparcia oferowanymi tanimi usługami. I co najważniejsze, dają jej możliwość pozostania aktywną.
Aktywni bywalcy
Przykładem dobrze działającej placówki jest Centrum Usług Opiekuńczo Socjalnych - Ośrodek "Nowolipie" w Warszawie. Jest to miejsce, w którym osoby starsze aktywnie uczestniczą w zajęciach grup zainteresowań. Istnieje tu samorząd wybierany przez bywalców (jak siebie nazywają), wiele kół zainteresowań (PTTK, sportowe, botaniczne, artystyczne, muzyczne, malarskie, historyczne), a każde z nich ma swojego przewodniczącego i skarbnika.
- Staramy się jak najmniej interweniować, aby maksymalnie aktywizować bywalców - mówi Zbigniew Ogonowski, dyrektor ośrodka. - Gdy kółko PTTK organizuje jakąś wycieczkę, to ja w spotkaniu uczestniczę tylko jako zaproszony gość. Sprawdzam jedynie, czy zostały dopełnione wszystkie formalności. Resztę organizują bywalcy: od ustalenia miejsca, wysłania faksu, rezerwacji, transportu, do stworzenia programu i zebrania pieniędzy. W taki sposób organizowana jest tu każda impreza. Pracownicy spełniają przede wszystkim rolę stymulatorów.
Bywalcy mają prawo przyprowadzić do ośrodka swoją sąsiadkę lub rodzinę na kawę, odczyt, czy pogadankę, zorganizować przyjęcie urodzinowe, imieninowe, itd. Placówka świadczy różne usługi socjalne, od obiadu za kilka złoty (dowożone są również do domu chorych bywalców), po kąpiel, pralnię, fryzjera czy zaserwowanie w kawiarni herbaty. Ośrodek oferuje też usługi medyczne i rehabilitacyjne oraz edukacyjno-kulturalne. Jest czynna galeria oraz kino. A w każdy piątek organizowana jest dyskoteka.
- Wielu seniorów, zanim zaczęło przychodzić do naszego ośrodka, było przekonanych, że skoro są już starzy i samotni, słabiej się czują, to życie jest już za nimi - mówi dyrektor Ogonowski. - Wielu nie miało wręcz nawyku utrzymywania kontaktów z ludźmi, wychodzenia z domu. Po jakimś czasie zaczęło się to zmieniać. Niektórzy odłożyli pójście do całodobowego domu opieki. Poznali, że ich życie jeszcze się nie skończyło i mogą się nim cieszyć. Takie ośrodki powinny funkcjonować w każdej dzielnicy. Przychodzenie tutaj przywraca ludziom starszym aktywność.
Jesienna miłość
Poza wieloma przyjaźniami, jakie w ośrodku się zawiązały, zdarzają się również prawdziwe "love story", zakończone małżeństwem. Pani Wacława i pan Józef są bywalcami prawie od początku powstania ośrodka. On rocznik 1921, wdowiec, ona 1929, po rozwodzie.
- Gdy synowie się ożenili, trzeba było coś ze sobą zrobić. Więc przyszłam tutaj - opowiada pani Wacława. - Wybrano mnie na przewodniczącą ośrodka. Interesowało się mną ze czterech sympatycznych panów. Ale pojawił się Józio. Okazało się, że jesteśmy spod tego samego znaku zodiaku, lwa. A lwy lubią kochać. Przychodził, poprosił do tańca raz, drugi, rozmawiało nam się bardzo dobrze, odprowadzał mnie grzecznie do domu. Aż któregoś dnia przytulił do siebie i... został. I postanowiliśmy się pobrać. Synowie urządzili wesele i zamieszkaliśmy razem.
- We dwoje przyjemniej się żyje i życie inaczej upływa - dodaje pan Józef. - Człowiek nie jest samotny, czuje się komuś potrzebny. My mieszkamy we trójkę - mamy jeszcze suczkę.
Pensjonat czy przytułek?
Każdego roku przybywa w kraju kilkanaście domów pomocy społecznej, ale liczba osób oczekujących na miejsce stale się zwiększa. Średnio czeka się na nie około roku, dwóch. Lecz w niektórych miastach trzeba zapisać się wręcz z kilkuletnim wyprzedzeniem. Oficjalne nazwy brzmią przyjaźnie i zachęcająco: domy spokojnej starości, domy złotej jesieni, rezydencje seniora, rencisty, pensjonaty. Tworzone specjalnie dla aktorów, kombatantów, nauczycieli, artystów i osób z różnymi dolegliwościami. Publiczne oraz prywatne. Jednak w potocznym języku mówi się wciąż tak samo: dom starców, przytułek albo zakład. Jednak dla niektórych osób starych, zwłaszcza tych samotnych, bez rodzin, niesamodzielnych, chorych, o najniższych dochodach domy pomocy społecznej są jedynym miejscem, gdzie mogą spędzić resztę życia. Albo przeczekać do śmierci.
Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej zobowiązało ustawą domy pomocy społecznej, prowadzone przez samorządy, aby do końca 2006 roku podniosły ich standard. Dotyczy on poprawy warunków bytowych, wyżywienia, zaplecza dziennego, socjalnego, sanitarnego, wyposażenia w odpowiedni sprzęt, pokój do umierania i podnoszenia jakości poszczególnych usług.
- Większość z domów pomocy społecznej nie spełnia wyznaczonych standardów - mówi Zuzanna Grabusińska, główny specjalista w Departamencie Pomocy Społecznej. - Ale wprowadzane zmiany monitorowane są przez wydziały spraw społecznych, a więc wojewodów.
Od 1999 roku państwowe domy pomocy społecznej zostały przejęte przez samorządy powiatowe. Przez kilka lat były wspierane dotacją celową z administracji państwa. Średnia wielkość dotacji na utrzymanie jednego miejsca kształtowała się na poziomie 1350 zł. Do tej sumy dochodziła odpłatność, którą pokrywa mieszkaniec - 70 proc. świadczeń swoich rent i emerytur. Zgodnie z obecnymi przepisami resztę musi zapłacić rodzina, a jak ona nie może to gmina. Gminy jednak nie chcą dopłacać, dlatego w wielu DPS pojawiły się wolne miejsca. Oczywiście inaczej jest w komercyjnych ośrodkach pomocy, gdzie opłaty własne pacjentów są znacznie wyższe (1500-3000 zł.). Ponieważ komercyjne domy pomocy zostały zarejestrowane jako "działalność gospodarcza", nie są zobowiązane, by poddać się kontroli. Najczęściej zarzuca im się, że nastawione są wyłącznie na zysk, brakuje tam wykwalifikowanej kadry, personel stanowią amatorzy, a dla pacjentów niewiele się robi ponad nakarmienie i przydzielenie opiekuna. Z kolei właściciele prywatnych ośrodków podkreślają, że w odróżnieniu od nich państwowe ośrodki to wielkie molochy, w których nie ma szansy, aby mieszkańcy traktowani byli indywidualnie. Poza tym, jak twierdzą, gdyby nie musieli płacić podatków, także u nich ceny byłyby niższe.
Publiczne domy pomocy społecznej muszą we własnym zakresie szukać wsparcia. Na przykład w Domu Pomocy Społecznej dla osób przewlekle somatycznie chorych w Warszawie przy ul. Nowoursynowskiej mieszka 106 osób. Średnia wieku mieszkańców wynosi około 71 lat.
- Naszym największym problemem jest brak wystarczających środków finansowych, aby zrealizować wszystkie cele - mówi Katarzyna Kostrzewa, pracownik socjalny. - Mimo że jesteśmy ośrodkiem dla somatycznie chorych, gdzie 1/3 mieszkańców stanowią osoby, które nie wstają już z łóżek, to dostajemy tyle samo, co ośrodki spokojnej starości, gdzie nie ma leżących.
Gdyby nie współpraca i życzliwość różnych fmn i ludzi, życie mieszkańców w dużym stopniu ograniczałoby się do funkcjonowania na terenie budynku ośrodka i udziału w zajęciach organizowanych przez pracowników terapii zajęciowej.
- Dzięki pomocy różnych zaprzyjaźnionych z nami instytucji i życzliwych ludzi mieszkańcy mogą pójść także do teatru, na koncert, pojechać na wczasy - dodaje Katarzyna Kostrzewa.
Potrzeba świętego spokoju
O wyborze konkretnego domu decydują różne względy.
- Wybrałam ten dom, bo tu w okolicy się urodziłam, tutaj mam rodzinne groby i tu chodziłam do kościoła do św. Katarzyny - mówi pani Halina, od trzech lat mieszkanka domu pomocy przy Nowoursynowskiej. - Tu miałam najbliżej, jeden przystanek i wspaniały personel. Polubiłam także jednego pana pułkownika, ale jest w szpitalu. Coś mu się stało po tym ataku w Ameryce, bo ma tam dzieci. Załamał się psychicznie. W naszym domu nie czuję się samotna, choć trochę smutniej jest tu w soboty i niedziele.
Mała aktywność pensjonariuszy jest największym problemem, na jaki się wskazuje, gdy mowa o sytuacji ludzi w domach pomocy społecznej.
- Ludzie starzy po przejściu na emeryturę mają poczucie, że tak naprawdę już wszystko osiągnęli, to, co mieli przeżyć, przeżyli i nic już nie muszą - mówi psycholog Jan Arczewski, pracujący w domu pomocy w Lublinie. - Osoby starsze mieszkające w domach pomocy są generalnie mniej aktywne od tych, które mieszkają samotnie. Nie muszą się już martwić o mieszkanie, o jedzenie, ubiór. Jednak ludzi starych nie powinno się tylko wyręczać, ale od nich wymagać. Wśród pensjonariuszy domów są tacy, którzy mówią: "Przychodzę, płacę i wymagam". I ci tylko siedzą i oglądają telewizję. Zdaniem pracowników takich placówek, najaktywniejsze są osoby z wyższym wykształceniem, a także rolnicy.
- W domach pomocy społecznej występuje zjawisko wyuczonej bezradności i zależności. Mówi się tu o syndromie instytucjonalizacji życia w takich ośrodkach. - To jest czasem, niestety, skutek przebywania w nich - mówi Zuzanna Grabusińska. - Dotyczy to zarówno domów państwowych, jak i komercyjnych. Ale także sami pensjonariusze wykazują bierność, żyją w ustalonym rytmie dnia: od posiłku do posiłku, w środku jakieś zajęcia i przesiadywanie we własnym pokoju.
Potrzeba drugiego człowieka
Nawet terapia zajęciowa, na której podsuwa się pensjonariuszom kartkę, farby, czy plastelinę, zajęcia muzyczne, na których słuchają piosenek swej młodości, podłączona kablówka z siedemdziesięcioma programami, spotkania indywidualne czy grupowe i rozmowy (ciągle w tym samym gronie) lub możliwość uprawiania ogródka nie zastąpią spotkania z człowiekiem.
- Największą potrzebą naszych podopiecznych jest potrzeba kontaktu z drugą osobą. A zwłaszcza z osobami młodszy mi od siebie, a już szczególnie z młodzieżą i dziećmi - mówi jedna z pracownic domu pomocy społecznej. - Widać to doskonale na przykładzie dzieci, młodzieży szkolnej i studenckiej, która przychodzi do nas na występy. Jak również wtedy, gdy przychodzą praktykanci. Pensjonariusze na te spotkania czekają najbardziej, bardzo się wtedy ożywiają i cieszą. A najsmutniejszym chyba okresem jest czas tuż przed świętami. Oczekiwanie, że może jednak przyjedzie rodzina. Większość pensjonariuszy spędza je tutaj, wyjeżdżają tylko nieliczni.
Brak kontaktu z drugim człowiekiem, poczucie osamotnienia i odrzucenia powoduje również to, że mieszkańcy domów pomocy wycofują się z życia i aktywności, zamykają się w sobie i izolują. Podstawową potrzebą człowieka jest miłość. Pragnienie zauważenia i bycia docenionym jest bardzo silne u ludzi w podeszłym wieku. Zwykle noszą w sobie przekonanie, że są już nieatrakcyjni, nikomu nie potrzebni.
Sędziwe społeczeństwo
W drugiej połowie XX wieku wraz z szybkim rozwojem krajów zachodnich po drugiej wojnie światowej, nastąpił ogromny wzrost liczby ludzi starych. Rozwój medycyny, opieka socjalna i systemy emerytalne przyczyniły się do zwiększenia długości życia i poprawy jego jakości. Ale w tym samym czasie doszło do silnych przeobrażeń społecznych i kulturalnych, w których ludzie starzy nie potrafią się odnaleźć. Coraz częściej mówi się o konflikcie pokoleń, gdy rodzicom coraz trudniej porozumieć się z własnymi dziećmi. Dla młodzieży nową religią staje się uroda, siła, wolność, niezależność i pieniądze. Starość ze swymi brakami, chorobami, powolnością i brzydotą psuje taką wizję świata. Młodych zaczęły uwierać także tradycje i "przestarzałe" modele życia rodziców. Rodzenie i wychowywanie dzieci przestało być dla nowego pokolenia życiowym powołaniem i społecznym obowiązkiem. Nastąpił więc spadek przyrostu naturalnego, a proces starzenia się społeczeństw stał się faktem. I problemem wielu rozwiniętych krajów.
Ciągły wzrost liczby emerytów i rencistów coraz częściej wymusza zmiany w wielu dziedzinach życia. Bo coraz więcej konsumentów, turystów, pacjentów, wyborców, osób chodzących na baseny, siłownie, sale masażu, a nawet klientów agencji towarzyskich stanowią ludzie starsi. Tak dzieje się zwłaszcza w krajach zachodnich. W Polsce prawdopodobnie dopiero dzisiejsi klienci funduszy emerytalnych, a więc trzydziesto-, czterdziestolatkowie, będą mogli pozwolić sobie na takie życie, jakie prowadzą dziś seniorzy zza Odry.
Starość rodzi się w mózgu
Moda na odmładzanie ogarnęła kraje zachodnie w ostatnich dekadach XX wieku. Każdego roku przeprowadza się miliony operacji plastycznych - usuwa zmarszczki, tłuszcz, zmniejsza brzuchy, podciąga skórę, poprawia nosy, uszy, usta, przeszczepia włosy. W modzie są diety niskokaloryczne, wegetarianizm, picie soków owocowych, warzywnych, odnowy biologiczne, ćwiczenia, aerobik, siłownie, stepowanie i tabletki z witaminami. Wszystko po to, by oddalić choć trochę starość i przedłużyć młodość. W sukurs znawcom od poprawiania wyglądu przyszli psycholodzy, który obalili mit o spadku inteligencji ludzi starych. Choć nieuniknione jest pojawienie się zmarszczek, siwych włosów, osłabienie serca i zwolnienie tempa życia, to, zdaniem psychologów, jednym z ważniejszych czynników starzenia się ludzi jest ich silne przekonanie o jej nieuchronności. A więc czynniki psychologiczne i społeczne. Jeśli wyobrażamy sobie, że czekać nas już może tylko starość, otępienie, spadek sprawności umysłowej i fizycznej, to tak właśnie się stanie. Potencja własnej energii spadnie, gdyż mózg przekazał już odpowiednie sygnały w głąb organizmu.
- Jeśli chcemy sobie pomóc, to najlepiej zacząć to robić w młodszym wieku, zanim starość stanie się ciężarem trudnym do udźwignięcia - mówi Barbara Szatur-Jaworska, psycholog. - Czasami warunki, w jakich żyliśmy, sprawiają, że aktywność i możliwości twórcze ulegają stłumieniu. I zdarza się, że twórcze odrodzenie następuje w starszym wieku. Ważne, aby gdy jest się już starym, nie tracić kontaktu ze światem, książką, nie wycofywać się z czynnego życia. Rozmawiać, myśleć, stawiać sobie zadania.
Memento mori...
Według CBOS, prawie połowa Polaków deklaruje, że swoim "dziadkom" zawdzięcza opiekę i wychowanie, zasady moralne, wiarę w Boga i poczucie, że są kochani. Ponad połowa, że dzięki nim poznaje dzieje rodziny, rozwija swoją świadomość historyczną, uczy się miłości do ojczyzny. Zawdzięcza takie cnoty, jak: obowiązkowość, pracowitość i praktyczne umiejętności przydatne w życiu. Jednocześnie rośnie liczba "dziadków" samotnych, zepchniętych na boczny tor, kończących swe ostatnie chwile przy pielęgniarce, a nie własnych dzieciach. A zgodnie z prognozami demograficznymi ludzi starszych będzie przybywać. Wielu swoją starość próbuje ukryć za fasadą młodzieżowego stylu życia, próbuje sprostać standardom, które wyznaczyły ich dzieci. Po to, by mieć poczucie, że ich życie ma jeszcze sens, i by być bliżej nich. Innym natomiast bez zaproszenia ze strony młodych nie uda się niczego zmienić.
- Człowiek młody ma w sobie pęd do życia, potrafi sam wyzwolić w sobie aktywność - konkluduje Jan Arczewski. - Człowiek stary potrzebuje bodźca z zewnątrz, zachęty, wsparcia, czasem dobrego słowa. Z reguły jeżeli się go odsuwa, traktuje jako zbędnego i nieprzydatnego już do niczego, to on sam przestaje robić więcej.
Autor: Piotr Stanisławski
Źródło: „Integracja” 1/2002